Ostatni raz chorowałam tak jakieś ćwierć wieku temu. Brzmi kiepsko...To może lepiej będzie jak napiszę, że dawno, dawno temu. Brzmi jeszcze gorzej. No dobra! Na tyle dawno, że sama ledwo pamiętam. O, lepiej. Znaczy mi nie jest lepiej, może troszkę, takie małe ciut. Na tyle tylko, że jestem w stanie po jakimś tygodniu wreszcie usiąść na kanapie z laptopem i cokolwiek napisać.
Dzisiaj nie będzie przepisu z tak prozaicznej przyczyny jaką jest moja głodówka. Od prawie tygodnia jem jak mysz, tzn. nie samym serem człowiek żyje, a raczej nicością w tym wypadku. Wszystko co zjadam nawet nie nadaje się do tego, by jakkolwiek uwiecznić to na Instagramie, którego zdążyłam założyć, ponownie ożywić dopiero co, i o hoho znowu zapuścić, bo przez te perypetie nie jestem w stanie umieścić tam nawet papiereka po cukierku, czy starej sznurówki. Hitu wobec tego nie będzie.
A wszystkiemu winna sierść jest. Wchodzi ona sobie bowiem swobodnie do domu, bez pytania kiedy tylko jej się zechce, i drzwi za sobą nie zamknie. Istny brak kultury i wietrzenie przestrzeni mieszkalnej w gratisie. No być może i ja sama odrobinę winna, bo te kilka razy bez kurki w te i we w tę, ale tak na chwilkę tylko... może i mogło się delikatnie przyczynić? Wirus jakiś cholery i felerny w każdym bądź razie- diagnoza doktorska taka. Mało mnie to uszczęsliwiło. Samopoczucia nie poprawiło, ot co.
Planów mnóstwo było, bo zima tej wiosny zdążyła nadejść dopiero co. I śnieg pierwszy spadł. I narty już wyjmowałam z zakamarków piwnicznych. Wraz z wirusem felernym astma jednak nadeszła po kilku dniach, całkiem niespodziewanie. Wszystko popsuła, tak nagle. Wspomnień czar można byłoby rzec, gdyby było co wspomninać. Połowę swojego małego dzieciństwa przemęczyłam się z takimi atakami kaszlu, problemami z oddechem i nikt, nikt nie wiedział co mi jest. No poza tymi, którzy twierdzili, że choruję na jakiś nieznany i niespotykany rodzaj zapalenia płuc, taki którego nie zobaczysz na zdjęciu rentgenowskim. Choroba jest, ale jej nie ma. Coż, taka filozofia, a może raczej taka wiedza, achhh niewiedza uczonych...
Jak już wspomniałam nie będzie dzisiaj żadnego przepisu. Wszystkie pyszności jakie wcinam ostatnimi czasy to m.in. te zawarte w koszyczku powyżej. Kaszel nie daje mi spać, wieczorem już tylko charcholę-prycholę,wypluwam płuca i mam wrażenie, że prawie nie oddycham. Astma karze mi spać na siedząco, wspaniała pozycja, polecam tym, którzy nie próbowali! Dzisiaj jest troszkę lepiej. Piszę tego posta na raty, bo i ręce mi się trzęsą jak strarej babce. To po inhalatorach, po których też bolą mnie mięśnie. Uczucie jak po przebiegnięcie maratonu dookoła kuli ziemskiej, tak sądzę. I teraz zastanawiam się jak ja to przetrwałam w dzieciństwie, gdzie przy każdej najmniejszej infekcji grypopodobnej musiałam męczyć się jeszcze bardziej, bo nikt nie był w stanie zaserwować mi ani grama pomocy. Było minęło. Teraz zaś dodatkowo jeszcze w promocji otrzymałam zapalenie spojówek. Każdego ranka budzę się z zaklepjonymi, kocimi oczami. Tego to jeszcze nie było!
Leki od czasu do czasu przegryzę pomarańczką, herbatką z miodkiem, a i kawałkiem bułki z masłem również. Ale zaczynam myśleć już o tym, co by tu ugotować dobrego sobie na początek, tak po chorobie. Póki co jednak i tak niewielką różnicę mi osobiście robi to, czy jem homara, czy komara. Poczucie smaku praktycznie zerowe. Kuruję się, bo miałam tyle planów i jak zwykle klapa na calej linii! Mam nadzieję, że z nadejściem przyszłego tygodnia zacznę odrywać się od łoża i jednocześnie swobodniej oddychać. Potem to już z górki i ta zasada w głowie dzwoni, że po któreś tam to: "nie choruj, nie choruj!"





Fajny piesio. Ma słodką mordę, sympatyczny. Fajne zdjęcia :)
OdpowiedzUsuń